KONFERENCJE   główna świadectwo kontakt polecamy konferencje medytacja  

uwolnić WOLNOŚĆ



 

 

 

 


 




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
Moja wiara
 

Z ks. Stanisławem Musiałem SJ rozmawiają Krzysztof Burnetko i Witold Bereś

 

"Moim najgłębszym marzeniem jest, żeby nad moją trumną rabin odmówił kadisz. Wtedy mógłbym w pełni nazwać się katolikiem, bo katolickość to »całość« (słowo »katolicki« pochodzi z greckiego kat'holon, czyli »według całości«), korzenie żydowskie i wyrastające z nich pędy - chrześcijaństwo" - mówił nam w styczniu 1999 r. ks. Stanisław Musiał.

Rozmowa ukazała się w “Gazecie Wyborczej” pod tytułem “Kadisz za księdza”. Wzbudziła spory oddźwięk - jak i inne Jego wypowiedzi. Dla nas stała się początkiem szeregu spotkań ze Staszkiem: mówiliśmy o Jego zakonie i Jego Kościele - tym realnym i tym wyśnionym, o źródłach i przejawach antysemityzmu niektórych duchownych i wiernych, o kulisach negocjacji w sporze o krzyże w oświęcimskim Karmelu, w których to rokowaniach aktywnie uczestniczył. Ale równie zajmujące były opowieści Staszka o duchowym i intelektualnym dojrzewaniu chłopaka z małopolskiej wsi, który z czasem stał się przecież jednym z najbardziej znanych - przez jednych uwielbianym, przez innych znienawidzonym - w Polsce duchownych.

Ze spotkań tych powstała książka. “Krzysiu, Witku, zrobiliście wspaniałą robotę” - pisał do nas jesienią 2000 r. z wakacji, odsyłając kolejne partie autoryzowanego tekstu i proponując plan dalszej pracy. A przecież to Jego udział decydował o jakości materiału.

Ale potem poprosił o wstrzymanie druku. “Za taką książkę mnie zniszczą” - mówił. “A dla mnie Kościół i zakon są wszystkim. Wydacie to po mojej śmierci”.

Rzeczywiście: tak niektórzy hierarchowie - w tym sam prymas Józef Glemp, jak niektórzy zakonni przełożeni nie ukrywali niezadowolenia z Jego publicznych wypowiedzi. Już wcześniej zakazano mu komentowania sprawy “krzyży oświęcimskich i tematów pokrewnych”. Potem pojawiła się nawet groźba wysłania Go gdzieś na zapomnianą parafię za wschodnią granicą. To nie były gesty godne tego wyśnionego Kościoła.

Ks. Stanisław Musiał zmarł 5 marca 2004 r. Na razie spełniło się jedno Jego marzenie: kiedy żegnaliśmy Go na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie, rabin odśpiewał kadisz. (Witold Bereś, Krzysztof Burnetko)

KRZYSZTOF BURNETKO, WITOLD BEREŚ: - Czym dla Ciebie jest wiara? Co to znaczy dzisiaj być człowiekiem wierzącym?

KS. STANISŁAW MUSIAŁ: - By odpowiedzieć na to pytanie, trzeba się zastanowić, jakie są źródła wiary. A to skomplikowana sfera. Są przecież różne wrażliwości. Są ludzie, którzy przechodzą obok wiary i wzruszają ramionami. Inni starają się dociekać rozumowo. Jeszcze inni ją przeżywają - albo jako dramat, albo jako euforię. Chodzimy po tym świecie, czymś się zajmujemy, myślimy, mamy jakieś uczucia, przeżywamy konflikty. Większość z nas pyta czasem: skąd się tu wzięliśmy? Próbuje to wytłumaczyć nauka, ale jej możliwości też się w pewnym momencie kończą.

Wszystko sprowadza się do pojęcia Początku i Wieczności. Tu nie ma różnic między ateistami a wierzącymi. Pojawiają się dopiero potem: niewierzący uważają, że u źródła wszystkiego jest materia, która się przekształca, a wierzący twierdzą, że u źródła wszystkiego jest jakaś umysłowość, byt niematerialny.

Dla mnie człowiekiem wierzącym jest każdy, kto w specjalny sposób przeżywa pytania: kim jestem? oraz: czym jest świat? Wyobrażam sobie ludzi, którzy takich pytań sobie nie stawiają albo nie mają związanych z nimi lęków czy wątpliwości. Niedawno czytałem pamiętnik Marcela Reicha--Ranickiego, najsłynniejszego krytyka literatury w Niemczech, który twierdzi, że problem Boga nigdy się w jego długim życiu nie pojawił. Pod żadną postacią: ani pytań, czy Bóg jest, ani też lęków bądź nadziei.

Wierzę mu - ale mnie temat Boga kiedyś poruszył i dla mnie sprawy wiary są w życiu ważne. Wiem też, że nie da się tutaj użyć argumentów do końca racjonalnych: na zasadzie, że dwa razy dwa jest cztery. Lecz moim zdaniem u Początku rzeczywistości musi być Coś, co mnie zna i mnie kocha - oraz kocha każdego innego człowieka. Dla mnie jest to rzeczywistość, którą nazywam Bożą i w którą jestem jakoś włączony.

To podstawa. Dopiero później nakłada się na nią chrześcijaństwo, które - przez Chrystusa - odpowiada mi na kolejne pytania i pozwala na bliższe poznanie tej rzeczywistości. Bo każde spotkanie z Chrystusem coraz bardziej przekonuje mnie do Niego, choć równocześnie sprawia, że wydaje mi się On coraz bardziej niepoznawalny: czasem wydaje mi się wręcz dziwny, czasem chciałbym, by był zupełnie inny itp. Zdarza się, że przekaz o Chrystusie mnie irytuje: chciałbym móc usunąć z Ewangelii wiele wątków, których nie rozumiem, które mnie drażnią.

- Na przykład...                                                                                                              

- Choćby przypowieść o fidze, która nie rodzi, więc trzeba ją niszczyć. Pytam: co ta biedna figa - i kryjący się za nią obraz - zawiniła, że ma być skazana na potępienie? To są rzeczy, które dają do myślenia. Miałem ten luksus, że od dzieciństwa mogłem się nad tym zastanawiać...

- Powinny Ci więc być bliskie wątpliwości współczesnych reformatorów, np. Drewermanna, który pyta: "Bo co to by był za Bóg, który w swym Synu Jezusie ukazuje swoją wszechmoc, natomiast w obliczu morza ludzkich cierpień pozostaje bezczynny?". I wyprowadza stąd tezę, że dowodem istnienia Boga musi być ślad obecności Chrystusa w naszym życiu. A dalej: że w związku z tym trzeba wrócić do źródeł - do Jezusa, bo instytucjonalny Kościół od Niego odszedł. Ba, jest zaprzeczeniem autentycznej, niewidzialnej, lecz jedynie rzeczywistej religii.

- Drewermann to teologiczne przepychanki. Bo w rzeczywistości potrzebne jest i jedno, i drugie. Owszem, forma może skutecznie przesłonić meritum, któremu ma służyć. Instytucja może obrócić się przeciw posłaniu, które reprezentuje. Bywało tak w dziejach Kościoła. Przykładem choćby średniowiecze - z chrześcijaństwem spektakularnym, ale jakże nieludzkim, a więc przesłaniającym posłanie Chrystusa. Lecz z drugiej strony świat jest tylko światem i, jak mi się wydaje, bez formy i instytucji wiele treści nie zostałoby zauważonych i nie przetrwałoby.

Wszyscy reformatorzy Kościoła popadli w te same koleiny: wytworzyli własną hierarchię i własny kult. Może oszczędniejszy w środkach, ale jednak. Rozumiem, że Drewermann cierpi z powodu monumentalności Kościoła jako instytucji, ale jak bez instytucji nieść przesłanie Chrystusa?

- Po co tworzyć instytucje zastępcze, jeśli istnieje ta, która się sprawdza od dwóch tysięcy lat...

- Właśnie: lepiej reformować tę istniejącą.

                   Szanse niewierzących                                                                       

- Ks. Józef Tischner mówił w "Między Panem i Plebanem": "Spójrzcie na nowoczesne społeczeństwa kręgu kultury zachodniej. One się oddalają od Boga, dechrystianizują, sekularyzują, odchodzą od Kościoła. A jednocześnie stają się coraz bardziej miłosierne, coraz bardziej humanitarne i - w sensie stosunku do bliźniego - chrześcijańskie". Czy aby doczekać zbawienia, trzeba być zdeklarowanym wierzącym, czy wystarczy - jak pisał Jacek Kuroń w głośnym w latach 70. eseju "Chrześcijanie bez Boga" - być dobrym człowiekiem? Czy niewierzący mają szansę?


- Kiedyś wydawało mi się, że jeśli ktoś deklaruje się jako niewierzący, to w jakimś sensie świadomie opowiada się raczej za złem niż za dobrem. Ale gdy poznałem wielu ludzi z obrzeży chrześcijaństwa czy też niewierzących, to zacząłem ich podziwiać. Okazało się, że oni często są lepsi od nas, chrześcijan...

My, chrześcijanie, mamy w ręku specyficzne narzędzie: gdy dopuścimy się jakiejś winy lub przestępstwa, możemy oczyścić się przez akt spowiedzi. Wtedy wszystko się zaczyna od nowa - chrześcijanin po wyznaniu grzechów uważa się za czyściutkiego człowieka. A że na ogół spowiedź odbywa się bez większego przeżycia, więc wracamy do starych błędów.

Niewierzący nie mają tego komfortu, tej furtki, muszą sami walczyć o swoje postawy moralne. Muszą też sami zmagać się ze swymi słabościami - bo jako niewierzący nie mogą przecież szukać oparcia w Bogu. Dlatego jestem dla nich pełen podziwu.

Stoimy tu przed absolutną tajemnicą: wiary-niewiary. Często niewierzący wydają mi się “bardziej” wierzący niż ja także dlatego, że przynajmniej nie profanują imienia Boga - jak ja to czynię, gdy grzeszę. Dlatego też bliscy mi są Żydzi, tak oszczędni w wymawianiu imienia Jahwe. Przez to zachowali więcej wrażliwości dla tajemnicy Boga: dla własnej religijności i dla ludzi innej wiary czy niewierzących. My zaś, chrześcijanie, stale się posługiwaliśmy Bogiem: Bóg był jako hasło na sztandarach, Bóg był na żołnierskich pasach itd. Chcieliśmy religię eksportować, używaliśmy imienia Boga w celu podbijania czy zdobywania ludzi dla naszej wiary, poszerzenia naszego stanu posiadania. Przez to ją spłyciliśmy.

Naturalnie w świecie zawsze będzie istnieć potrzeba religijności. Ale równocześnie powinien wytworzyć się modus vivendi wierzących i niewierzących: minimalny kodeks zachowań, który będzie obowiązywał nas wszystkich. Oczywiście, zawsze pozostaną obszary sporne: będziemy się kłócić, bo będziemy pytać, kto to jest “człowiek”, czy płód jest już istotą ludzką, czy jeszcze nie itd. Rzecz w tym, by te spory nie sprowadzały się do chęci całkowitego pognębienia przeciwnika. I chyba ku temu powoli idziemy.


- Czy więc deklaracja "Dominus Iesus", która jest jednak odbierana jako wywyższanie się Kościoła, nawet nie tyle wobec niewierzących, co wobec innych chrześcijan, była tylko wypadkiem przy pracy?


- Ja też nie twierdzę, że każda religia ma tę samą wartość - tak jak nie twierdzę, że każda muzyka jest równej wartości. Funkcjonują dziś zjawiska będące religią wyłącznie z nazwy. Przykładem grupa Moona: nie wiadomo, co za tym stoi, religijność czy jedynie pieniądz. Dziś bowiem na ludzkiej potrzebie wiary można robić pieniądze. Widziałem to w Stanach Zjednoczonych: wystarczy 20 ludzi, zakładają Kościół i zaczynają korzystać ze zwolnień podatkowych itd.

W przypadku religii zachodzi nadto zjawisko podobne do zakochania: gdy się w kimś zakocham, mówię: to najpiękniejsza kobieta na świecie. Może stwierdzeniem tym wyrządzam przykrość innym, które też uważają się za piękne, ale trudno.

Problem “Dominus Iesus” leży w niepotrzebnych dopowiedzeniach. Gdyby kard. Ratzinger powiedział: my, chrześcijanie, wierzymy, że dla nas jedyną drogą jest Chrystus i że ta wiara jest łaską, nikogo by tym nie obraził. Ale stwierdzenie, że tylko Kościół katolicki ma pełnię środków do zbawienia, inne zaś Kościoły, wspólnoty religijne czy inni ludzie mają co najwyżej jakieś okruchy, jest już budowaniem muru. To są doprecyzowania pochodzące z minionych wieków. Kiedyś uważano, że wszystko musi być precyzyjnie określone: gdy ktoś umarł, to idzie albo do czyśćca, albo do piekła. Piekło to będzie ogień. Czyściec to męczarnia, ale czasowa. Niebo zaś - radość. Wydawało się, że człowiek - i Kościół - zdał sobie wreszcie sprawę, że ze względu na złożoność świata takie podejście wiedzie na manowce. Bo im więcej znamy elementów rzeczywistości, tym mniej wiemy i tym jaśniej widać, że świat jest tajemnicą, która nas przytłacza. A tu nagle pojawia się dokument, który znowu sprawia wrażenie, że ktoś wie wszystko.

Oczywiście, jeśli Pan Bóg objawił się w Jezusie Chrystusie, to jest to zobowiązujące. Ale przecież objawienie dokonało się środkami ludzkimi - dotarło do nas za pośrednictwem przekazów pochodzących od człowieka, a więc niedoskonałych. Element ludzki w Ewangelii musi wpływać na jasność objawienia. To dlatego jedni wierzą, a inni pozostają sceptycznymi. Zatem w sytuacji, gdzie oczywistość nie jest zniewalająca, powiedzenie, że tylko my jedyni mamy najlepszy dostęp do Prawdy, jest przesadą.


- Czy więc ci, którzy nie doznali łaski wiary, a są po prostu dobrymi ludźmi, pójdą do nieba?
                                                                               


- Pójdą. Zresztą, cokolwiek by mówić o “Dominus Iesus”, ten tekst mówi o wyłączności Kościoła na pełnię wiedzy o Chrystusie jedynie w płaszczyźnie doktrynalnej. Tylko w tej mierze Kościół uznany jest tam za jedynego depozytariusza objawienia. Natomiast niewiele mówi się o kwestii zbawienia. Nie twierdzi się, że wśród zbawionych będzie więcej katolików czy chrześcijan. Nawet jeśli przyjąć, że Kościół zna najpełniej prawdę Chrystusa, to niekoniecznie katolicy będą pierwsi w niebie. Może się okazać, że będą ostatni.

Kościół w swej historii różnie to formułował, ale dziś wśród teologów panuje zgoda, że droga do zbawienia jest otwarta dla każdego, tak dla wierzących, jak niewierzących. Ostatecznie nikt nie wie, jak Pan Bóg dociera do człowieka. Deklaracja “Dominus Iesus” nie odmawia nikomu zbawienia. Owszem, stwierdza, że trudniej będzie zbawić się tym, którzy nie są u tego źródła, jakim jest Kościół katolicki, ale już nie precyzuje, na ile stanowi to barierę. Tymczasem sam Chrystus powiedział, że najważniejsza jest miłość bliźniego. Wszystko w Kościele ma być jedynie pomocą do jej realizowania. Autor “Dominus Iesus” kard. Ratzinger, strażnik prawowierności Kościoła, także podkreśla, że najważniejsza jest miłość bliźniego, wyjście poza siebie, poza swoją jaźń, swoje ego.

                  Kim dzisiaj byłby Jezus?

- Wybitny żydowski pisarz Amos Oz po wizycie Jana Pawła II w Izraelu pisał: "Stosując dzisiejszą terminologię, można by powiedzieć, że Jezus żył jak Żyd - reformator, a umarł jak Żyd - nonkonformista. Zastanawiam się często, jak Rabbi Jezus czułby się w katedrze lub wśród ziemskich manifestacji katolickiej potęgi. Zastanawiam się, jak by ten szczery, ironiczny, bosy, młody Galilejczyk-poeta postrzegał Wikariusza Chrystusa, gdyby spotkał go dziś odbywającego podróż przez Galileę wraz ze swą majestatyczną świtą, otoczonego przez tysięczne zbrojne żydowskie straże". Kim byłby dzisiaj Jezus? Jak czułby się w Kościele?


- Pan Jezus mógł przyjść na świat tylko wtedy, kiedy przyszedł. Dziś moglibyśmy go fotografować, nagrywać, prześwietlać. Nie byłoby tajemnicy. Dzięki temu, że przyszedł, kiedy przyszedł, nie mamy Jego portretu, a Jego przedziwne słowa dotarły do nas w różnych wersjach - były przecież spisywane już po Jego śmierci.

Taka choćby Ewangelia św. Jana pokazuje Chrystusa mówiącego innymi słowami niż inne Ewangelie - prawdopodobnie jest to już wyraz oczekiwań pierwszych wspólnot chrześcijańskich. Mnie to nie razi, przeciwnie: to wspaniałe, jak ta wspólnota po zmartwychwstaniu Chrystusa Go przeżywała. Był dla nich Wodą Żywą, Drogą, Prawdą i Życiem, do tego stopnia, że wkładali mu te słowa w usta, bo przecież prawdopodobnie Chrystus sam ich nie wypowiedział.

Gdyby Chrystus przyszedł dziś, zostałoby to zarejestrowane przy pomocy współczesnej techniki - a wtedy byłby to Chrystus narzucający się człowiekowi. Nie mielibyśmy nawet wolności wyboru: przyjąć Go czy odrzucić. Tak, jak nie możemy odrzucić gwiazd estrady czy polityki, które wtłaczają się do naszych mózgów przez telewizor, gazety, Internet. Dobrze też, że nie mamy Jego portretu; gdybyśmy wiedzieli, jak wyglądał Jezus, to przy naszej mentalności, nastawionej na pięknych idoli, sukces, wielu by powiedziało: “E, tam, on wcale nie jest przystojny”.

Pytanie Oza natomiast przesunąłbym na uczniów Chrystusa. Gdyby oni, Piotr i inni Apostołowie, Paweł, oglądali dziś to, co ludzie i Kościół zrobili z Jezusem, byliby przerażeni. Dla nich Chrystus był Mistrzem. Tymczasem my uczyniliśmy z Niego nieledwie pogańskiego bożka. Przecież to poganie używali do pozyskiwania zwolenników takich narzędzi socjotechnicznych, jakimi są wielkie budowle, przepych, rytuały itp. Pierwotne chrześcijaństwo odrzucało to z odrazą: uczyło prostego, skromnego życia, w którym Bóg był obecny nie przez ceremonie i ozdoby, ale przez miłowanie bliźnich i praktykowanie dobra przy minimum środków zewnętrznych. Lecz kiedy religia chrześcijańska zdławiła pogaństwo i od 392 r. stała się religią państwową, to przejęła jego środki oddziaływania na ludzką psychikę. I zaczęła nimi szafować.

Od dziecka żyję w obrębie chrześcijaństwa. Kiedyś wielkie celebry, olbrzymie i pełne złota świątynie, biskupie stroje i papież niesiony w lektyce mnie fascynowały i wydawały mi się dowodem potęgi mojej wiary. Dziś nie mogę ich znieść, rażą mnie. Chcę skromności, bo widzę, że przez tę pompę Kościół staje się odległy od ludzi, a czasem i śmieszny.

                  Chrześcijaństwo trzeciego tysiąclecia                                             

- Leszek Kołakowski pisze: "Chrześcijaństwo jest wystawione na ciężką próbę przez własną nieumiejętność takiego głoszenia Słowa, które Słowo to żywotnym czyni, które do sumienia dociera, sumienie otwiera przez przykład i wiarę, zwłaszcza wśród ludzi młodych i wykształconych. Nie wierzę w to jednak, by chrześcijaństwo przegrać miało". Czy jesteś optymistą odnośnie do losów chrześcijaństwa, losów Kościoła?


- Włoski filozof Vattimo, zresztą krytyk Papieża, twierdzi, że już za dwa pokolenia chrześcijaństwo będzie musiało być zupełnie inne niż dziś, bo we współczesnym świecie tak szybko zmieniają się odczucia i potrzeby ludzkie. I nie chodzi tylko o stosunek do zewnętrznych atrybutów religii, ale też o odbiór treści duchowych. Ludzi coraz bardziej raził będzie nie tylko przepych czy formalizm Kościoła, ale także styl, w jakim prezentuje im się prawdy wiary. Choćby właśnie język, jakim Kościół ciągle próbuje głosić swe Słowo.

Kościół, by przetrwać, będzie musiał się pogodzić z tym, że treści duchowe nie mogą być narzucane. Że zamiast formy nakazu trzeba użyć formy sugestii, propozycji. Mówić takiemu młodemu człowiekowi: zastanów się, przemyśl to, spróbuj, podejdź do życia odpowiedzialnie, jeśli chcesz, to przyjmij, wybierz.

Życie wymusi też olbrzymie zmiany strukturalne. Jeśli już dziś w Kościele francuskim praktykuje tylko minimalna część wiernych, jeśli świątynie muszą być zamykane z powodu braku księży, jeśli są diecezje, gdzie od 20 lat nie było święceń kapłańskich - to ten aparat musi się zreformować. Inaczej runie - a raczej zaniknie.

Na sytuację w polskim Kościele patrzę dosyć pesymistycznie. Jeśli materialnie duchowieństwo w dalszym ciągu będzie odstawać od społeczeństwa, to wyobrażam sobie taką małą rewolucję francuską. Jeśli z jednej strony będziemy mieli dużo biednych w Polsce, z drugiej strony tak silna będzie klasa bogatych, do której należy wielu księży (wystarczy porobić zdjęcia naszych domów, klasztorów, plebanii), to - kto wie? - może kiedyś dojść do jakichś aktów obrazoburczych. W roku Rewolucji Francuskiej 95 procent ludzi przystąpiło w Paryżu do komunii wielkanocnej. A wystarczyły dwa, trzy lata i Kościół widzialny został zmieciony.

Gdy obserwuję społeczeństwo francuskie czy niemieckie, widzę z kolei inną - równie groźną - tendencję. Na małych wsiach sekowani są niekiedy ci, którzy chodzą do kościoła.


- Skąd w takim razie biorą się tłumy młodych ludzi wiwatujących na cześć Jana Pawła II i słuchających jego twardych i jednoznacznych słów? Może młodzież szuka religii wyrazistej, ze stałymi, niechby i narzuconymi z góry zasadami? Może potrzeba autorytetu i drogowskazu w poruszaniu się po skomplikowanym świecie XXI w. przeważa nad potrzebą wolności?


- Człowiek zawsze szuka drogi. Jedni wybierają wolność i chcą sami dojść do decyzji. Innym w wyborze pomagają autorytety. Jeszcze inni godzą się poddać czyjejś władzy - czy to z lenistwa, czy ze strachu przed myśleniem.

Kościół powinien być zaczynem w drodze do Boga. A gdy jem dobry chleb, to nie czuję przecież smaku zaczynu. Im więc mniej Kościół będzie ostentacyjny i pewny własnej siły, im słabsze będzie w nim przekonanie, że jest jedyną dobrą drogą, tym lepszym stanie się zaczynem.

Naturalnie, wielu młodych ludzi potrzebuje dziś drogowskazów. Lecz drogi nie wskazują zakazy obwarowane anatemami i strachem przed karą. Drogę się wedle drogowskazu wybiera - musi więc on zakładać myślenie, refleksję, dobrą wolę, otwartość, miłość.

 

- Papież Jan XXIII jeszcze jako ksiądz Angelo Giuseppe Roncalli w 1903 r. za swój ideał przyjął zalecenie Tomasza a Kempis z "Naśladowania Chrystusa": "być nieznanym i niezbyt szanowanym". Jakie jest motto Twojego powołania?


- Moja droga była nietypowa i kręta: zostałem wyznaczony do kariery naukowej, dano mi czas na studia i na doktorat, a się nie wywiązałem. Teraz widzę, że to było opatrznościowe. Bo gdybym się wywiązał, zrobił doktorat, to może bym został tu, w Collegium na ul. Kopernika w Krakowie albo w innej jezuickiej szkole. Może nawet awansowałbym na dziekana czy rektora? Pędziłbym spokojny żywot profesora, wspieranego w dobrym samopoczuciu pochwałami kolegów, pochlebnymi recenzjami czy szacunkiem (a może raczej strachem) studentów. I pewnie bym się nie wychylał, stałbym w szeregu. Tymczasem życie mam nieco utrudnione, bo moi przełożeni źle patrzą na mnie, jako że zawiodłem ich oczekiwania. Lecz inaczej nie przeszedłbym tego rozwoju, który mam szczęście przeżywać - i to tym intensywniej, im jestem starszy. Bo okazuje się, że z wiekiem staję się coraz wrażliwszy na jakiekolwiek zakłamania instytucjonalne.

Moją dewizą mogą być słowa z Apokalipsy, by “nie ukochać życia aż do śmierci”. Zastanowiły mnie one kiedyś. Odtąd staram się na swoją miarę robić coś dobrego, być życzliwym ludziom, czasem komuś konkretnemu pomóc, ale z drugiej strony pamiętać, by nie ukochać życia aż do śmierci. Bo, owszem, to życie jest naszą jedyną własnością. Lecz rzecz w tym, by nie traktować jej egoistycznie, tylko o niej myśląc. Takie podejście dało mi dystans do wszelkich działań ludzkich. Tak do pochwał, których jest niewiele, ale czasem się zdarzają, ale i do nagan, jakie mnie spotykają. Lecz i dystans do własnych opinii. Kiedyś miałem poglądy nadzwyczaj rygorystyczne, teraz ich nie mam - stałem się łagodniejszy w sądach. Sam się więc zmieniam. I dopiero to daje człowiekowi wolność, jak zrelatywizuje siebie samego. Staram się być zadowolony z tego, co mam, i z losu, jaki jest mi dany. Nie przejmuję się tym, jak będę umierał.

 



 


www.pustelnia.pl macheront

nebo

hermon

pustelnia

historia

galeria

niepojęta TRÓJCO