| główna | świadectwo | kontakt | polecamy | konferencje | medytacja |
uwolnić WOLNOŚĆ |
|||
|
|
Z ks. Stanisławem Musiałem SJ rozmawiają Krzysztof Burnetko i Witold Bereś
"Moim
najgłębszym marzeniem jest, żeby nad moją trumną
rabin odmówił kadisz. Wtedy mógłbym w pełni nazwać się
katolikiem, bo katolickość to »całość« (słowo
»katolicki« pochodzi z greckiego kat'holon, czyli »według całości«),
korzenie żydowskie i wyrastające z nich pędy - chrześcijaństwo"
- mówił nam w styczniu 1999 r. ks. Stanisław Musiał.
Ze
spotkań tych powstała książka. “Krzysiu, Witku,
zrobiliście wspaniałą robotę” - pisał do nas
jesienią 2000 r. z wakacji, odsyłając kolejne partie
autoryzowanego tekstu i proponując plan dalszej pracy. A przecież
to Jego udział decydował o jakości materiału. Ale
potem poprosił o wstrzymanie druku. “Za taką książkę
mnie zniszczą” - mówił. “A dla mnie Kościół i
zakon są wszystkim. Wydacie to po mojej śmierci”. Rzeczywiście:
tak niektórzy hierarchowie - w tym sam prymas Józef Glemp, jak niektórzy
zakonni przełożeni nie ukrywali niezadowolenia z Jego publicznych
wypowiedzi. Już wcześniej zakazano mu komentowania sprawy “krzyży
oświęcimskich i tematów pokrewnych”. Potem pojawiła się
nawet groźba wysłania Go gdzieś na zapomnianą parafię
za wschodnią granicą. To nie były gesty godne tego wyśnionego
Kościoła. Ks.
Stanisław Musiał zmarł 5 marca 2004 r. Na razie spełniło
się jedno Jego marzenie: kiedy żegnaliśmy Go na Cmentarzu
Rakowickim w Krakowie, rabin odśpiewał kadisz. (Witold
Bereś, Krzysztof Burnetko)
KRZYSZTOF
BURNETKO, WITOLD BEREŚ: - Czym dla Ciebie jest wiara? Co to znaczy
dzisiaj być człowiekiem wierzącym? KS.
STANISŁAW MUSIAŁ: - By odpowiedzieć na to pytanie, trzeba się
zastanowić, jakie są źródła wiary. A to skomplikowana
sfera. Są przecież różne wrażliwości. Są
ludzie, którzy przechodzą obok wiary i wzruszają ramionami. Inni
starają się dociekać rozumowo. Jeszcze inni ją przeżywają
- albo jako dramat, albo jako euforię. Chodzimy po tym świecie,
czymś się zajmujemy, myślimy, mamy jakieś uczucia, przeżywamy
konflikty. Większość z nas pyta czasem: skąd się tu
wzięliśmy? Próbuje to wytłumaczyć nauka, ale jej możliwości
też się w pewnym momencie kończą. Wszystko
sprowadza się do pojęcia Początku i Wieczności. Tu nie
ma różnic między ateistami a wierzącymi. Pojawiają się
dopiero potem: niewierzący uważają, że u źródła
wszystkiego jest materia, która się przekształca, a wierzący
twierdzą, że u źródła wszystkiego jest jakaś umysłowość,
byt niematerialny. Dla
mnie człowiekiem wierzącym jest każdy, kto w specjalny sposób
przeżywa pytania: kim jestem? oraz: czym jest świat? Wyobrażam
sobie ludzi, którzy takich pytań sobie nie stawiają albo nie mają
związanych z nimi lęków czy wątpliwości. Niedawno czytałem
pamiętnik Marcela Reicha--Ranickiego, najsłynniejszego krytyka
literatury w Niemczech, który twierdzi, że problem Boga nigdy się
w jego długim życiu nie pojawił. Pod żadną postacią:
ani pytań, czy Bóg jest, ani też lęków bądź
nadziei. Wierzę
mu - ale mnie temat Boga kiedyś poruszył i dla mnie sprawy wiary są
w życiu ważne. Wiem też, że nie da się tutaj użyć
argumentów do końca racjonalnych: na zasadzie, że dwa razy dwa
jest cztery. Lecz moim zdaniem u Początku rzeczywistości musi być
Coś, co mnie zna i mnie kocha - oraz kocha każdego innego człowieka.
Dla mnie jest to rzeczywistość, którą nazywam Bożą
i w którą jestem jakoś włączony. To
podstawa. Dopiero później nakłada się na nią chrześcijaństwo,
które - przez Chrystusa - odpowiada mi na kolejne pytania i pozwala na bliższe
poznanie tej rzeczywistości. Bo każde spotkanie z Chrystusem coraz
bardziej przekonuje mnie do Niego, choć równocześnie sprawia,
że wydaje mi się On coraz bardziej niepoznawalny: czasem wydaje mi
się wręcz dziwny, czasem chciałbym, by był zupełnie
inny itp. Zdarza się, że przekaz o Chrystusie mnie irytuje: chciałbym
móc usunąć z Ewangelii wiele wątków, których nie rozumiem,
które mnie drażnią. -
Na przykład... -
Powinny Ci więc być bliskie wątpliwości współczesnych
reformatorów, np. Drewermanna, który pyta: "Bo co to by był za Bóg,
który w swym Synu Jezusie ukazuje swoją wszechmoc, natomiast w obliczu
morza ludzkich cierpień pozostaje bezczynny?". I wyprowadza stąd
tezę, że dowodem istnienia Boga musi być ślad obecności
Chrystusa w naszym życiu. A dalej: że w związku z tym trzeba
wrócić do źródeł - do Jezusa, bo instytucjonalny Kościół
od Niego odszedł. Ba, jest zaprzeczeniem autentycznej, niewidzialnej,
lecz jedynie rzeczywistej religii. -
Drewermann to teologiczne przepychanki. Bo w rzeczywistości potrzebne
jest i jedno, i drugie. Owszem, forma może skutecznie przesłonić
meritum, któremu ma służyć. Instytucja może obrócić
się przeciw posłaniu, które reprezentuje. Bywało tak w
dziejach Kościoła. Przykładem choćby średniowiecze
- z chrześcijaństwem spektakularnym, ale jakże nieludzkim, a
więc przesłaniającym posłanie Chrystusa. Lecz z drugiej
strony świat jest tylko światem i, jak mi się wydaje, bez
formy i instytucji wiele treści nie zostałoby zauważonych i
nie przetrwałoby. Wszyscy
reformatorzy Kościoła popadli w te same koleiny: wytworzyli własną
hierarchię i własny kult. Może oszczędniejszy w środkach,
ale jednak. Rozumiem, że Drewermann cierpi z powodu monumentalności
Kościoła jako instytucji, ale jak bez instytucji nieść
przesłanie Chrystusa? -
Po co tworzyć instytucje zastępcze, jeśli istnieje ta, która
się sprawdza od dwóch tysięcy lat... -
Właśnie: lepiej reformować tę istniejącą.
Szanse niewierzących -
Ks. Józef Tischner mówił w "Między Panem i Plebanem":
"Spójrzcie na nowoczesne społeczeństwa kręgu kultury
zachodniej. One się oddalają od Boga, dechrystianizują,
sekularyzują, odchodzą od Kościoła. A jednocześnie
stają się coraz bardziej miłosierne, coraz bardziej
humanitarne i - w sensie stosunku do bliźniego - chrześcijańskie".
Czy aby doczekać zbawienia, trzeba być zdeklarowanym wierzącym,
czy wystarczy - jak pisał Jacek Kuroń w głośnym w latach
70. eseju "Chrześcijanie bez Boga" - być dobrym człowiekiem?
Czy niewierzący mają szansę?
My,
chrześcijanie, mamy w ręku specyficzne narzędzie: gdy dopuścimy
się jakiejś winy lub przestępstwa, możemy oczyścić
się przez akt spowiedzi. Wtedy wszystko się zaczyna od nowa -
chrześcijanin po wyznaniu grzechów uważa się za czyściutkiego
człowieka. A że na ogół spowiedź odbywa się bez większego
przeżycia, więc wracamy do starych błędów. Niewierzący
nie mają tego komfortu, tej furtki, muszą sami walczyć o
swoje postawy moralne. Muszą też sami zmagać się ze
swymi słabościami - bo jako niewierzący nie mogą przecież
szukać oparcia w Bogu. Dlatego jestem dla nich pełen podziwu. Stoimy
tu przed absolutną tajemnicą: wiary-niewiary. Często niewierzący
wydają mi się “bardziej” wierzący niż ja także
dlatego, że przynajmniej nie profanują imienia Boga - jak ja to
czynię, gdy grzeszę. Dlatego też bliscy mi są Żydzi,
tak oszczędni w wymawianiu imienia Jahwe. Przez to zachowali więcej
wrażliwości dla tajemnicy Boga: dla własnej religijności
i dla ludzi innej wiary czy niewierzących. My zaś, chrześcijanie,
stale się posługiwaliśmy Bogiem: Bóg był jako hasło
na sztandarach, Bóg był na żołnierskich pasach itd. Chcieliśmy
religię eksportować, używaliśmy imienia Boga w celu
podbijania czy zdobywania ludzi dla naszej wiary, poszerzenia naszego stanu
posiadania. Przez to ją spłyciliśmy. Naturalnie
w świecie zawsze będzie istnieć potrzeba religijności.
Ale równocześnie powinien wytworzyć się modus vivendi wierzących
i niewierzących: minimalny kodeks zachowań, który będzie
obowiązywał nas wszystkich. Oczywiście, zawsze pozostaną
obszary sporne: będziemy się kłócić, bo będziemy
pytać, kto to jest “człowiek”, czy płód jest już
istotą ludzką, czy jeszcze nie itd. Rzecz w tym, by te spory nie
sprowadzały się do chęci całkowitego pognębienia
przeciwnika. I chyba ku temu powoli idziemy.
W
przypadku religii zachodzi nadto zjawisko podobne do zakochania: gdy się
w kimś zakocham, mówię: to najpiękniejsza kobieta na świecie.
Może stwierdzeniem tym wyrządzam przykrość innym, które
też uważają się za piękne, ale trudno. Problem
“Dominus Iesus” leży w niepotrzebnych dopowiedzeniach. Gdyby kard.
Ratzinger powiedział: my, chrześcijanie, wierzymy, że dla nas
jedyną drogą jest Chrystus i że ta wiara jest łaską,
nikogo by tym nie obraził. Ale stwierdzenie, że tylko Kościół
katolicki ma pełnię środków do zbawienia, inne zaś Kościoły,
wspólnoty religijne czy inni ludzie mają co najwyżej jakieś
okruchy, jest już budowaniem muru. To są doprecyzowania pochodzące
z minionych wieków. Kiedyś uważano, że wszystko musi być
precyzyjnie określone: gdy ktoś umarł, to idzie albo do czyśćca,
albo do piekła. Piekło to będzie ogień. Czyściec to
męczarnia, ale czasowa. Niebo zaś - radość. Wydawało
się, że człowiek - i Kościół - zdał sobie
wreszcie sprawę, że ze względu na złożoność
świata takie podejście wiedzie na manowce. Bo im więcej znamy
elementów rzeczywistości, tym mniej wiemy i tym jaśniej widać,
że świat jest tajemnicą, która nas przytłacza. A tu
nagle pojawia się dokument, który znowu sprawia wrażenie, że
ktoś wie wszystko. Oczywiście,
jeśli Pan Bóg objawił się w Jezusie Chrystusie, to jest to
zobowiązujące. Ale przecież objawienie dokonało się
środkami ludzkimi - dotarło do nas za pośrednictwem przekazów
pochodzących od człowieka, a więc niedoskonałych.
Element ludzki w Ewangelii musi wpływać na jasność
objawienia. To dlatego jedni wierzą, a inni pozostają
sceptycznymi. Zatem w sytuacji, gdzie oczywistość nie jest
zniewalająca, powiedzenie, że tylko my jedyni mamy najlepszy dostęp
do Prawdy, jest przesadą.
Kościół
w swej historii różnie to formułował, ale dziś wśród
teologów panuje zgoda, że droga do zbawienia jest otwarta dla każdego,
tak dla wierzących, jak niewierzących. Ostatecznie nikt nie wie,
jak Pan Bóg dociera do człowieka. Deklaracja “Dominus Iesus” nie
odmawia nikomu zbawienia. Owszem, stwierdza, że trudniej będzie
zbawić się tym, którzy nie są u tego źródła,
jakim jest Kościół katolicki, ale już nie precyzuje, na ile
stanowi to barierę. Tymczasem sam Chrystus powiedział, że
najważniejsza jest miłość bliźniego. Wszystko w Kościele
ma być jedynie pomocą do jej realizowania. Autor
“Dominus Iesus” kard. Ratzinger, strażnik prawowierności
Kościoła, także podkreśla, że najważniejsza
jest miłość bliźniego, wyjście poza siebie, poza
swoją jaźń, swoje ego.
Kim dzisiaj byłby Jezus? -
Wybitny żydowski pisarz Amos Oz po wizycie Jana Pawła II w Izraelu
pisał: "Stosując dzisiejszą terminologię, można
by powiedzieć, że Jezus żył jak Żyd - reformator, a
umarł jak Żyd - nonkonformista. Zastanawiam się często,
jak Rabbi Jezus czułby się w katedrze lub wśród ziemskich
manifestacji katolickiej potęgi. Zastanawiam się, jak by ten
szczery, ironiczny, bosy, młody Galilejczyk-poeta postrzegał
Wikariusza Chrystusa, gdyby spotkał go dziś odbywającego podróż
przez Galileę wraz ze swą majestatyczną świtą,
otoczonego przez tysięczne zbrojne żydowskie straże".
Kim byłby dzisiaj Jezus? Jak czułby się w Kościele?
Taka
choćby Ewangelia św. Jana pokazuje Chrystusa mówiącego
innymi słowami niż inne Ewangelie - prawdopodobnie jest to już
wyraz oczekiwań pierwszych wspólnot chrześcijańskich. Mnie
to nie razi, przeciwnie: to wspaniałe, jak ta wspólnota po
zmartwychwstaniu Chrystusa Go przeżywała. Był dla nich Wodą
Żywą, Drogą, Prawdą i Życiem, do tego stopnia,
że wkładali mu te słowa w usta, bo przecież
prawdopodobnie Chrystus sam ich nie wypowiedział. Gdyby
Chrystus przyszedł dziś, zostałoby to zarejestrowane przy
pomocy współczesnej techniki - a wtedy byłby to Chrystus narzucający
się człowiekowi. Nie mielibyśmy nawet wolności wyboru:
przyjąć Go czy odrzucić. Tak, jak nie możemy odrzucić
gwiazd estrady czy polityki, które wtłaczają się do naszych
mózgów przez telewizor, gazety, Internet. Dobrze też, że nie
mamy Jego portretu; gdybyśmy wiedzieli, jak wyglądał Jezus,
to przy naszej mentalności, nastawionej na pięknych idoli, sukces,
wielu by powiedziało: “E, tam, on wcale nie jest przystojny”. Pytanie
Oza natomiast przesunąłbym na uczniów Chrystusa. Gdyby oni, Piotr
i inni Apostołowie, Paweł, oglądali dziś to, co ludzie i
Kościół zrobili z Jezusem, byliby przerażeni. Dla nich
Chrystus był Mistrzem. Tymczasem my uczyniliśmy z Niego nieledwie
pogańskiego bożka. Przecież to poganie używali do
pozyskiwania zwolenników takich narzędzi socjotechnicznych, jakimi są
wielkie budowle, przepych, rytuały itp. Pierwotne chrześcijaństwo
odrzucało to z odrazą: uczyło prostego, skromnego życia,
w którym Bóg był obecny nie przez ceremonie i ozdoby, ale przez miłowanie
bliźnich i praktykowanie dobra przy minimum środków zewnętrznych.
Lecz kiedy religia chrześcijańska zdławiła pogaństwo
i od 392 r. stała się religią państwową, to przejęła
jego środki oddziaływania na ludzką psychikę. I zaczęła
nimi szafować. Od
dziecka żyję w obrębie chrześcijaństwa. Kiedyś
wielkie celebry, olbrzymie i pełne złota świątynie,
biskupie stroje i papież niesiony w lektyce mnie fascynowały i
wydawały mi się dowodem potęgi mojej wiary. Dziś nie mogę
ich znieść, rażą mnie. Chcę skromności, bo
widzę, że przez tę pompę Kościół staje się
odległy od ludzi, a czasem i śmieszny.
Chrześcijaństwo trzeciego tysiąclecia
-
Leszek Kołakowski pisze: "Chrześcijaństwo jest
wystawione na ciężką próbę przez własną
nieumiejętność takiego głoszenia Słowa, które Słowo
to żywotnym czyni, które do sumienia dociera, sumienie otwiera przez
przykład i wiarę, zwłaszcza wśród ludzi młodych i
wykształconych. Nie wierzę w to jednak, by chrześcijaństwo
przegrać miało". Czy jesteś optymistą odnośnie
do losów chrześcijaństwa, losów Kościoła?
Kościół,
by przetrwać, będzie musiał się pogodzić z tym,
że treści duchowe nie mogą być narzucane. Że
zamiast formy nakazu trzeba użyć formy sugestii, propozycji. Mówić
takiemu młodemu człowiekowi: zastanów się, przemyśl to,
spróbuj, podejdź do życia odpowiedzialnie, jeśli chcesz, to
przyjmij, wybierz. Życie
wymusi też olbrzymie zmiany strukturalne. Jeśli już dziś
w Kościele francuskim praktykuje tylko minimalna część
wiernych, jeśli świątynie muszą być zamykane z
powodu braku księży, jeśli są diecezje, gdzie od 20 lat
nie było święceń kapłańskich - to ten aparat
musi się zreformować. Inaczej runie - a raczej zaniknie. Na
sytuację w polskim Kościele patrzę dosyć pesymistycznie.
Jeśli materialnie duchowieństwo w dalszym ciągu będzie
odstawać od społeczeństwa, to wyobrażam sobie taką
małą rewolucję francuską. Jeśli z jednej strony będziemy
mieli dużo biednych w Polsce, z drugiej strony tak silna będzie
klasa bogatych, do której należy wielu księży (wystarczy
porobić zdjęcia naszych domów, klasztorów, plebanii), to - kto
wie? - może kiedyś dojść do jakichś aktów
obrazoburczych. W roku Rewolucji Francuskiej 95 procent ludzi przystąpiło
w Paryżu do komunii wielkanocnej. A wystarczyły dwa, trzy lata i
Kościół widzialny został zmieciony. Gdy
obserwuję społeczeństwo francuskie czy niemieckie, widzę
z kolei inną - równie groźną - tendencję. Na małych
wsiach sekowani są niekiedy ci, którzy chodzą do kościoła.
Kościół
powinien być zaczynem w drodze do Boga. A gdy jem dobry chleb, to nie
czuję przecież smaku zaczynu. Im więc mniej Kościół
będzie ostentacyjny i pewny własnej siły, im słabsze będzie
w nim przekonanie, że jest jedyną dobrą drogą, tym
lepszym stanie się zaczynem. Naturalnie,
wielu młodych ludzi potrzebuje dziś drogowskazów. Lecz drogi nie
wskazują zakazy obwarowane anatemami i strachem przed karą. Drogę
się wedle drogowskazu wybiera - musi więc on zakładać myślenie,
refleksję, dobrą wolę, otwartość, miłość.
-
Papież Jan XXIII jeszcze jako ksiądz Angelo Giuseppe Roncalli w
1903 r. za swój ideał przyjął zalecenie Tomasza a Kempis z
"Naśladowania Chrystusa": "być nieznanym i niezbyt
szanowanym". Jakie jest motto Twojego powołania?
Moją
dewizą mogą być słowa z Apokalipsy, by “nie ukochać
życia aż do śmierci”. Zastanowiły mnie one kiedyś.
Odtąd staram się na swoją miarę robić coś
dobrego, być życzliwym ludziom, czasem komuś konkretnemu pomóc,
ale z drugiej strony pamiętać, by nie ukochać życia aż
do śmierci. Bo, owszem, to życie jest naszą jedyną własnością.
Lecz rzecz w tym, by nie traktować jej egoistycznie, tylko o niej myśląc.
Takie podejście dało mi dystans do wszelkich działań
ludzkich. Tak do pochwał, których jest niewiele, ale czasem się
zdarzają, ale i do nagan, jakie mnie spotykają. Lecz i dystans do
własnych opinii. Kiedyś miałem poglądy nadzwyczaj
rygorystyczne, teraz ich nie mam - stałem się łagodniejszy w
sądach. Sam się więc zmieniam. I dopiero to daje człowiekowi
wolność, jak zrelatywizuje siebie samego. Staram się być
zadowolony z tego, co mam, i z losu, jaki jest mi dany. Nie przejmuję
się tym, jak będę umierał.
|
|
||||||
| www.pustelnia.pl |
|
macheront | hermon |
niepojęta TRÓJCO |
|||||